Panicz i dziewczyna

Stanisław Moniuszko

W gaïku zielonym dziewczę rwie jagody;

Na koniku wronym jedzie panicz młody.

I grzecznie się skłoni, i skonia zeskovzy:

Dziéwczę się zapłoni, na dół spuści oczy.

"Dziewczyno kochana, dziś na te dąbrowy

S kolegami zrana przybyłem na łowy,

I trafić nié mogę, gdzie leży miasteczko.

Wskaz, proszę, mi drogę, piękna pastereczko!

Czy prędko już z lasu ta ścieszka wywiedzie?"

"Jeszcze pan zawczasu do domu zajedzie.

Na polu wnet drzewo, koło drzewa brzozki,

Stąd droga na lewo, tam około wioski.

W górę przez zarostek, w prawo ponad rzeczką:

Tam młynek i mostek, i widać miasteczko."

Panicz podziękował, czule raczkę ścisnął,

W usta pocałował, na konika świsnął;

Siadł ostrogą spina, niewidać młodego

Westchnęła dziewczyna, ja niewiém dla czego.

W gaïku zielonym dziewczę rwie jagody;

Na koniku wronym jedzie panicz młody.

I woła zdaleka: "Pokaż inną drogę;

Za wioską jest rzéka, przejechać nié mogę;

Ni mostu żadnego, ni brodu wytropić:

Chcia tażbys młode go chłopczyka utopić?"

To jedź Pan droży ną na prawo kurhanu."

"Bóg zapłać dziewczyno!" "Dziękuję waćpanu."

W las poszła drożyna, niewidać młodego:

Westchnęła dziewczyna, Oj! wiém dla czego.

W gaïku zielonym dziewczę rwie jagody;

Na koniku wronym jedzie panicz młody.

I zawoła znowu: "Dziewczyno, dla Boga!

Wjechałem do rowuja każ twoja droga?

Nie jeździł w te szlaki nikt z dawnego czasu;

Chyba wieśniak jaki po drzewo do lasu.

Poluję dzień cały, koniam nie popasał,

Jeździec zadyszały, konik się zahasał.

Zsiądę i strumyka pragnienie ugasze;

Odkiełznam konika, i puszę na paszczę"

I grzecznie się skłoni i s konia zeskoczy;

Dziéwczę się zapłoni, na dół spuści oczy.

Ten milczy, ta wzdycha. Po niedługiéj chwili,

Ten glośno, ta s cicha coś z soba mówili.

Lecz że wietrzyk dmuchał w tę stronę dąbrowy,

Przetom niedosłuchał panicza rozmowy.

Lecz z oczu i z miny tom pewnie wyczytał,

Że więcéj dziewczyny o drogę niepytał.