Podróż

Weinberg, Mieczysław

Jechał wielkim, głbiącym oceanem

Długie, długie tygodnie,

Wielka burza przeszła orkanem

Potem było już cicho i pogodnie.

Jechał wodą gęstą i głbiącą,

Aż do portu wesołego dobił.

Wyszedł na ziemię pachnącą gorąco:

"Co ja tu będę robił?"

Opadli go czarni chłopcy,

Krzycząc, że odniosą walizki,

Wszyscy byli jednakowo obcy,

Lecz ten, który wziął bagaż, — był bliski.

Poszedł za nim, za tym jedynym,

Do białego hotelu,

Teraz był starego portjera synem,

Chciał zapłakać: "Ojcze i przyjacielu!"

Uśmiechała się ciemna służąca

I przewracała białkami,

Przyniosła — jak wszystkie — wodę,

I został sam z walizkami.

I pomyślał: "Żeby wrócić do domu,

Znów muszę jechać przez długie tygodnie,

Śród głbiącego strasznego ogromu,

Na którym smutno było i cudownie.

A wrócić muszę, muszę,

Bo kłamałem, że ojczyzną jest świat!

Ojczyzną jest to smutne podwórze,

Na którem nie byłem tyle lat.

Tam jest teraz zmierzch, deszcz, szarawy kwiecień,

Miotła w kącie moknie...

I najsmutniejszy na świecie

Stanął przy oknie.