Dzwony

S. Niewiadomski

A gdy skonał w czarnej chacie

Jasieńko miły,

Poszła matka prosić dzwonów,

By mu dzwoniły.

— Mój synaczek, mój rodzony,

W trumience leży,

O zagrajcież wy mu, dzwony,

Z tej białej wieży!

Niechaj idzie głos bijący

O jasne słońce,

Przez te pola, przez te lasy,

Z wiatrem szumiące...“

Ale dzwony twarde serca,

Zimną pierś miały.

„Będziem jemu dzwonić, matko,

Za talar biały“. —

I wróciła, narzekając,

Do pustej chaty

I strząsnęła wszystkie kąty

I zgrzebne szmaty...

I nic więcej nie znalazła

Prócz onej świty,

Którą syna trup sczerniały

Leżał nakryty...

— Nieszczęśliważ moja dola,

Jasieńku miły!

Chybaż tobie łzy te moje

Będą dzwoniły...

Chyba moje narzekanie

Bić będzie z rosą,

Kiedy ciebie na mogiłki

Z chaty wyniosą!“

I wynieśli za próg czarny

Trumienkę lichą,

A za synem poszła matka

Ścieżyną cichą...

I nie grały jemu dzwony

Z wysokiej wieży,

Jeno szumiał las zielony

I wietrzyk świeży...

Jeno dzwonki te liliowe,

Co w borze rosną,

Żeby dzwonić chłopskim trumnom

W drogę żałosną...